Podania i legendy

  1. Legenda o Rzeczniowie
  2. Jak powstała Krępianka
  3. Legenda o kościele w Koniecpolu
  4. Tajemnicze miejsce – historia powstania kościoła w Rzeczniowie
  5. Ks. Stanisław zmarł w opinii świętości
  6. Pęknięte serce Marcysi
  7. Trzy dwuramienne krzyże
  8. Karczma żyda Bencyjo
  9. Legendy o Jelance
  10. Parstowa Wola
  11. Historia Dubrawy
  12. Legendy o Kapliczce św. Mikołaja w Grabowcu
  13. Tabułki albo łąki na borucie-opowieści o Rzechowie
  14. Legenda Grabowca
     

Legenda o Rzeczniowie

Na obszarze łąk i bagien pól rzechowskich poprzez pola Jelanki i dalej płynie rzeczka, jako dopływ Wisły. Ze źródeł tych łąk bierze ona swój początek, tak samo jak ta legenda.
Od południowej strony biegu krętej rzeczki wznosi się legendarna góra zwana „Bakalarzową”, nazwana tak od obecnie mieszkających tam właścicieli-gospodarzy. Na tej górze, o czym świadczą pozostałości po fundamentach, stał niegdyś piękny pałac zamieszkały przez dziedzica i jego rodzinę. Dziedzic ten miał piękną córkę, której rękę wraz z bogatym posagiem był gotów oddać zacnemu kawalerowi. Lecz dziewczyna nie chciała żadnego z wybranków jej ojca. Wszystkie wolne chwile spędzała u podnóża góry na okolicznych łąkach, gdzie w porze letniej biedni chłopi wypasali bydło z okolicznych osad. Lubiła lud prosty i ubogi, od nich nauczyła się wielu czynności, jak wyplatać kosze z wikliny czy robić z wierzby piszczałki. Nie chciała marnować czasu na łatwym życiu i zbytkach w pałacu. Mimo usilnych zakazów ojca wymykała się na całe dnie do swych ubogich przyjaciół, a że miała dobre serce, pełne miłości i współczucia dla ludzi wszyscy bardzo ją lubili. Łąki usłane były kwieciem niczym olbrzymi kobierzec. Dziewczyna zrywała kolorowe kwiaty, plotła z nich różnobarwne wianki i siadając przy brzegu strumyka puszczała je na wodę z nadzieją, że gdzieś daleko zobaczy je ten, który naprawdę będzie jej się podobał. Za każdym też razem wpatrując się w nurt rzeki pytała ją cichym głosem: „Rzeko, rzeko czy tego ranka nie widziałaś mego wianka ?”, ale wciąż odpowiadało jej tylko echo. Ludzie przysłuchujący się jej słowom, łącząc tylko pierwszy i ostatni wyraz jej pytania do ruczaju nazwali dziewczynę Rzekowianką. Z upływem czasu inni wieśniacy przekazując sobie tę opowieść z pokolenia na pokolenie przekształcili imię dziewczyny z Rzekowianka na Rzeczniowianka i od jej przydomka w dolinie dzisiejszej rzeki Krępianki powstała duża osada nazwana Rzeczniowem.

A co się stało z dziewczyną? – zapytacie.
Któż to wie, może ojciec wydał ją za mąż za bogatego dziedzica, a może znalazła tego, którego szukała nad wodą ? A może trafiła do tych ludzi, z którymi spędzała tak wiele swych chwil opuszczając pałac ojca dziedzica? Może dała początek którejś kolejnej osadzie odchodząc gdzieś w nieznane. Jest tyle niewyjaśnionych do końca przecież legend, ale po niej coś pozostało, pozostała legenda o RZECZNIOWIE.

Patryk Rogala – kl. V PSP w Rzeczniowie

 

Jak powstała Krępianka?

Dawno, dawno temu pewien szlachcic postanowił założyć młyn wodny. Miał wielu dłużników. Zwołał ich wszystkich i tak do nich powiada:
-Zbudujcie mi zaporę, to umorzę wam długi, które jesteście mi winni.
Zgodzili się na to chłopi. Zaraz zaczęli zwozić ziemię. Budowa trwała przez trzy lata, ale gdy tylko skończyli chciwy szlachcic rozkazał im wybudować młyn.
I z tej umowy chłopi wywiązali się, licząc – po cichu, że taniej będą płacić za przemiał zboża. Oj przeliczyli się ! Bowiem płacili tak samo jak wszyscy, ale również ciągle musieli narabiać u złego szlachetki.
Zbuntowali się więc i spalili młyn wraz z jego właścicielem.
Gdy młyn spłonął, ludzie zaczęli tworzyć zbiorniki na płynącą wodę. Jednak po kilku latach woda w stawach zaczęła się podnosić ,tak że wypływała na pobliskie pola, czyniąc wiele szkód. Zaczęto żwawe rozkopywanie ziemi pod koryto rzeki. Kiedy dokopano się już do pól Jelanki, przestano kopać i wypuszczono wodę ze zbiorników. Jednak woda ciągle stanowiła zagrożenie dla łąk, pól i domostw Rzeczniówka i Rzeczniowa. Wszyscy ponowili prace. Kopano aż do Krępy Kościelnej, tam okazało się, że ludzie z tamtych okolic też kopią koryto rzeczki dla płynących tam strumieni. I tak to nastąpiło połączenie koryt kopanych przez Rzeczniowiaków i Krępian. Rzekę nazwano Krępianką z dwóch powodów.
Pierwszy z nich to taki, że płynie ona przez Krępę Kościelną, drugi zaś, to taki, że rzeczka jest kręta i woda bywa w niej spieniona.
Nazwa mogła powstać więc od słów Krę- pianka.
Starsi ludzie powiadają u nas często tak: „Płynie Krępianka płynie po wiejskiej krainie, napotkała w Solcu Wisłę, pewnie jej nie minie”

Sebastian Bajon – klasa V PSP w Rzeczniowie

 

Legenda o kościele w Koniecpolu.

W naszej miejscowości w Rzeczniowie znajduje się bardzo stary kościół. Fundatorami tej świątyni była rodzina Małachowskich.
Był to ród zamożny. Ziemie ich ciągnęły się aż pod Częstochowę. Rodzina ta na skraju swej ziemi w Koniecpolu oraz Rzeczniowie postanowiła wybudować świątynie. Miały to być dwa identyczne Kościoły w kształcie krzyża. Lecz człowiek, który miał zbudować kościół w Koniecpolu uznał, że będzie on za duży i zmniejszył jego rozmiary o pół metra. Według tych planów zbudowano kościół. Mijały miesiące. Budowa była w końcowej fazie. Główny nadzorca budowy wszedł na dach kościoła, aby dokonać ostatnich poprawek. Spojrzał z góry i dostrzegł nadjeżdżającego na koniu pana Małachowskiego. Przestraszył się, że może być ukarany za pomniejszenie kościoła i spadł z dachu. Równo rok po tragicznej śmierci budowniczego w nocy dookoła kościoła pojawiły się paliki znaczące jego pierwotne rozmiary. Nikt nie wiedział, kto je powbijał, lecz chodziły słuchy, że zrobił to duch zmarłego budowniczego. W koniecpolskim kościele zachował się obraz przedstawiający jeźdźca na koniu oraz mężczyznę leżącego przy końskich kopytach. Nieznany malarz uwiecznił na płótnie ową historię

Aleksandra Kocjan- kl. VI PSP Rzeczniów

 

Tajemnicze miejsce – historia powstania kościoła w Rzeczniowie.


Wszyscy lubimy czytać niezwykłe historie, różne baśnie i fantastyczne przygody. Ale nikt z was zapewne nie słyszał ani nie czytał historii o zwykłej krainie, gdzie mieszkają zwykli ludzie, a w której zdarzyła się najdziwniejsza historia. Kraina ta nie znajduje się za siedmioma morzami, lecz prawie tuż, tuż koło nas!
Dawno, dawno temu w miejscowości Rzeczniów żyli bardzo pobożni i bogobojni ludzie. Ale aby móc uczestniczyć w niedzielnych mszach i innych uroczystościach kościelnych musieli oni chodzić 10 km do sąsiedniej parafii. Pewnego dnia zebrali się wszyscy i postanowili wybudować własny kościół. Długo szukali właściwego miejsca, z którego kościół byłby dobrze widoczny z daleka i aby wszyscy mieli do niego równą drogę. Debatowali prawie miesiąc i nie mogli zdecydować się na właściwe miejsce. Wielu z nich poróżniło się między sobą. W końcu wybrali „Bakalarzową górkę”. Ludzi ci byli bardzo pracowici, więc niemal od razu rozpoczęto zwózkę potrzebnego drzewa. I tu stała się rzecz nieprawdopodobna. Konie zatrzymywały się w pół drogi i dalej nie chciały iść. Ludzie nie ustępowali, poganiali konie, wymieniali na inne ale to nic nie radziło. Konie stały w miejscu. Trwało to kilka miesięcy. W końcu ludzie własnymi rękami przenieśli materiał na wyznaczone przez siebie miejsce. Rano wszyscy mocno się zdziwili, gdyż wszystko drzewo było z powrotem na tym miejscu, w którym zatrzymywały się konie. Ludzi ogarnął strach. Zastanawiali się dlaczego właśnie w tym miejscu zatrzymywały się konie, jak również drzewo nie wiedzieć czemu właśnie tu się przeniosło. Pomyśleli, że być może jest to znak od Boga, ponieważ sami nie mogli się zgodzić i wybrać miejsca gdzie ma stanąć kościół, więc miejsce na swoją świątynię wybrał im Bóg.
I tak wspólnymi siłami wybudowali piękny drewniany kościół. Mijały lata, historię przekazywano z ust do ust, a ludzie wciąż zastanawiali się nad tym dziwnym zdarzeniem i nad tym miejscem. Jak się później okazało w tym tajemniczym miejscu zmarł św. Restytut – legionista rzymski.
Kościół w Rzeczniowie jest pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP, ale mieszkańcy nie zapomnieli o św. Restytucie. Co roku w niedzielę poprzedzającą Annę obchodzą uroczystość odpustową na jego cześć .
Całą tę historię opowiedziała mi pewna starsza pani, a teraz ja opowiadam ją wam.

Piotr Wójcik kl. V PSP Rzeczniów

 

Ks. Stanisław zmarł w opinii świętości.

Pod takim tytułem ukazał się artykuł /autor nieznany, prawdopodobnie ks. C. Galderón/ - w jubileuszowym numerze gazety „Correo” z dnia 14 IX 1973 r. Numer ten prawie w całości był poświęcony złotemu jubileuszowi działalności Salezjanów w Huancayo.

W związku ze 100-leciem misji Salezjańskich postanowiłem przetłumaczyć wspomniany artykuł, by umożliwić szerszym kręgom poznanie pięknej postaci naszego rodaka, Księdza Stanisława Kwietniewskiego.
Urodził się 13 listopada 1893 r. w Rzeczniowie, a umarł przed ukończeniem 39 lat, 21 października 1932 r. w Huancayo, którego mieszkańcy do dziś wspominają jako świętego.
Rodzicami ks. Stanisława byli Józef i Domitylla. Ojciec - dzielny i sumienny stolarz, matka- kochająca i oddana mężowi i dzieciom. Oboje ubodzy lecz niezwykle bogaci duchowo. W szkole pobożności i pracowitości, jakim było domowe ognisko wzrastał mały Staszek.
Dzięki pewnemu szlachetnemu człowiekowi, który umiał dostrzec zdolności chłopca, Staszek udał się na dalsza naukę do Łodzi. Tu jako fryzjer zarabiał na własne utrzymanie i opłacanie nauki. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie. Mając 17 lat, poprzez lekturę Bollettino Salezjano, zapoznał się z pracą Misjonarzy salezjańskich w Chinach i Patagonii. Poruszony dogłębnie tą lekturą, postanowił zostać „lekarzem dusz”, aby móc zanieść światło Ewangelii tym, którzy jeszcze jej nie znają. Po wielu trudnościach / Polska była wówczas po zaborami / w 1912 r. przybył do Daszawy, gdzie odbył aspiraturę. W 1916 r. w czasie I wojny światowej złożył pierwszą profesję. W 1919 r. podjął tytuł magistra teologii, a następnie na Gregorianum, doktorat z nauk filozoficznych. Miał wtedy zaledwie 28 lat.
Przełożeni widząc, że słabe zdrowie nie pozwała mu na dalsze wyczerpujące studia i pracę, zdecydowali w 1922 r. by przerwał naukę i wrócił do kraju. W tym samym roku w październiku, otrzymał święcenia kapłańskie. W 1923 r. udał się do Turynu, by wziąć udział w wyprawie misyjnej, organizowanej pod kierownictwem ks. Bp. Versiglia. Jednak werdykt lekarski okazał się dla niego niepomyślny. Przełożeni skierowali Go więc do Chieri, by tam odzyskał utracone siły. Dał się poznać w Chieri, jako gorliwy apostoł. W 1924 r. poprosił o zezwolenie do Peru. W tym czasie dużo mówiono o łagodnym klimacie niektórych okolic Peru, leczącym wszelkie dolegliwości. Prośbę uwzględniono i ks. Stanisław już w listopadzie znalazł się w Peru. Przeznaczono Go do pracy w Arequipa. Jego krótki pobyt w tym mieście pozostawił głęboki i trwały ślad wśród aspirantów, nowicjuszy i studentów filozofii, dla których ks. Stanisław był gorliwym nauczycielem, przewodnikiem i przykładem nie mającym równego sobie.
W 1926 r. pełnił obowiązki katechety w Yucay w pobliżu Cuzco. Jego zapał apostolski i troska o najbardziej potrzebujących szybko zwróciła uwagę otoczenia. Pod koniec tego roku udał się do Huancayo, ostatniego miejsca swojego ciężkiego, a zarazem chwalebnego apostolatu. Pełnił tu funkcje katechety, spowiednika i profesora. Ponadto był kapelanem CMW, które znalazły w Nim wspaniałego Ojca duchownego.
Trzeba podkreślić, że jako człowiek chory przybył do Huancayo na odpoczynek, a tymczasem rzucił się w wir pracy dla dusz i dla Boga. Ks. Stanisław nigdy nie mówił „nie”, gdy chodziło o pomoc potrzebującym lub o czynienie dobra w jakiejkolwiek formie. Zawsze był do dyspozycji penitentów proszących o spowiedź.
Żaden też penitent nie odchodził nie zadowolony po spowiedzi u niego. Opowiadano, że nie potrzebował, by Mu mówiono grzechy. On je odgadywał i czytał szczerość żalu w oczach swoich penitentów. Niezliczone razy stawał obok łoża chorych i umierających, bez względu na porę dnia lub nocy. Na uwagi, by bardziej dbał o swoje zdrowie, odpowiadał: „Najpierw obowiązek. Pierwsze są dusze, później zatroszczymy się o ciało”. Kiedy owe tereny nawiedziła dżuma, komisja lekarska otoczyła pierścieniem okolice Sioaya. Nikt nie mógł się tam udać, ani stamtąd odejść. Zaraza powodowała spustoszenie wśród Indian. Setki ludzi znalazło się w ciężkiej sytuacji i bez pomocy. Dobre i pełne miłości serce ks. Stanisława nie pozwoliło Mu pozostać obojętnym wobec tej tragedii. Do niesienia pomocy ofiarom epidemii zachęcił niedawno przybyłego z Hiszpanii młodego lekarza. Sam też, nie zważając na niebezpieczeństwo, bez reszty poświęcił się chorym. W trosce o ulżenie cierpiącym i umierającym, zapomniał o jedzeniu i spoczynku. Krążyły wieści, jakoby widziano Go pomagającego chorym w dwu różnych miejscach równocześnie.
Pewne objawy na Jego twarzy charakterystyczne dla dżumy, zmusiły Go do odbycia kwarantanny. W tym czasie był jednym Salezjaninem, który pozostał w Huancayo. Inni z powodu tymczasowego zamknięcia szkoły, wyjechali z miasta. Ks. Stanisław chory pozostawiony samemu sobie, przeżywał ciężkie chwile. Po upływie kwarantanny okazało się, że ani sam się nie zaraził, ani też nie zaraził nikogo. Ludzie mówili wtedy między sobą:
„To święty. Nawet dżuma Go uszanowała”.
Ile w tym prawdy, nie wiem- pisze autor artykułu. Lecz o jednej rzeczy jestem przekonany i mogę zaświadczyć. Znałem ks. Stanisława. Był moim spowiednikiem. Znajdować się w Jego obecności to było tak jakby się pozostawało w obecności samego Chrystusa. Trudności językowe? - nie zauważyłem ich nigdy. Czyżby miał dar języków? Czy rzeczywiście posiadał dar bilokacji? Kim był ów tajemniczy Kapłan, prekursor salezjanów w Huancayo, który rozszerzał na tamtych terenach znajomość ks. Bosko. Albo kto potrafi zapewnić mnie, czy jest prawdą, czy legendą następujący epizod z Jego życia:
Wezwany do śmiertelnie chorej dziewczynki, ks. Stanisław przybył prawie w dwie godziny po jej śmierci. Rodzice byli pogrążeni w głębokim żalu i bólu. Ks. Stanisław zwrócił się do nich mówiąc jak Chrystus do Jaira: „Nie płaczcie dziewczynka nie umarła, ale śpi”. Zaprosił ich potem do wspólnej modlitwy, po czym zawołał i oddał ją zdrową rodzicom, którzy nie mogli wyjść ze zdziwienia.
W Księdze Pamiątkowej „75 - lat działalności Salezjanów w Polsce” zanotowano o Nim: „Przez osiem lat /1924-32/ działał w Peru jako profesor i kapłan ks. Stanisław Kwietniewski, który nie tylko Swym życiem, ale i śmiercią głosił chwałę polskiego imienia. Wychował tysiące młodzieży peruwiańskiej, budując wszystkich wykształceniem, bystrością umysłu i dobrocią serca.
Pozostawił po sobie piękne wspomnienie, salezjanina - Polaka, bez reszty oddanego Bożej sprawie”.
/ z hiszpańskiego tłum. i opracował kl. R. Olesiński /

 

Pęknięte serce Marcysi.

Było piękne lato. Słońce wyzłacało zboża, a chłopi zwozili ostatnie siano. We dworze Małachowskich nikt nie myślał o tym, co działo się na zewnątrz. W wielkiej sypialni było ciemno. Wszystkie okna były zasłonięte, tylko przez niewielką nieosłoniętą część okna sączyło się letnie słońce.
Promienie padały na wielkie łoże, na którym spoczywała wojewodzina krakowska Kordula Małachowska. Posłano już po księdza bo nikt nie dawał jej już długich chwil życia.
Toteż na dziedzińcu niecierpliwe wyczekiwała na niego największa powiernica pani Korduli - jej mamka, stara Marcysia. Cicho szeptała słowa modlitwy. Bała się o swą „małą dziewuszkę”.
Alejką od kościoła koło stawów jechała już bryczka, widać ją było z oddali. Za chwilę przed dworkiem wysiadł ksiądz Nowakowski.
Nikt nie wyrzekł słowa, ale wszyscy cicho podążyli za nim. Ksiądz wstrzymał ich ruchem ręki przed drzwiami pokoju chorej. Był tam dobre dwa kwadranse. Pan Małachowski cicho przechadzał się po korytarzu z miną pełną boleści. Oczekiwano. Żona Cię wzywa-rzekł ksiądz do Małachowskiego wychodząc. Pani chciała pożegnać się ze wszystkimi- i teraz dały się słychać zawodzenia.
Uciszał, uspokajał ksiądz Nowakowski.
-Dajcie jej odejść bez żalu. Kochaliście ją, ona was też.
Dajcie jej spokój.

Ucichły szlochy, ale zebrani ze smutkiem patrzyli na mamkę Korduli, jej powiernicę. Bowiem teraz ona miała wejść do swej pani. Serce starej kobiety zabiło niespokojnie. Stała daleko od innych zebranych, zgięta ciężarem lat i tego co ma przeżyć za chwilę. Weszła. Pani Małachowska leżała blada, mizerna. Choroba zostawiła ślady na tej pięknej i łagodnej niegdyś twarzy. Ból wykrzywiał jej rysy. Marcysia chwyciła rękę swej pani. Ucałowała ją gorąco, przygarnęła do policzka. Łzy powoli spływały jej po twarzy.
-Cóż to Marcysiu - wyszeptała pani Kordula drżącym głosem.
Wyciągnęła rękę, by pogładzić siwe włosy swej mamki.- Płaczesz?
- Nie moja kochana, to nie ja to serce. Ono boli najbardziej. Przypominam sobie Ciebie małą kruszynę, którą karmiłam własną piersią, a teraz na co mi przyszło patrzeć - załkała.
- Nie płacz, dobrze mi było z wami, z tobą, może spotkamy się tam .. , a teraz twoje łzy tak bardzo mnie bolą.
Stara Marcysia stłumiła szloch. Popatrzyła na swa panią załzawionymi oczami. Do pokoju weszli zebrani za drzwiami. Pani Małachowska umierała. Słońce było jeszcze wysoko, gdy w ciemnym pokoju zaczęto się modlitwy za duszę zmarłej. Pogrzeb zaplanowano na 3 lipca. Ale następnego dnia okazało się, że trzeba wyprawić dwa pogrzeby. Bowiem służba znalazła w małym pokoiku starą Marcysię.
Jej twarz była spokojna, spotkała już swoją panią. Wszyscy mówili, że serce jej pękło z żalu i tęsknoty za swoją panią.
Dziś w kościele w Rzeczniowie oglądać można rzadkiej piękności pomnik oparty o północną ścianę kościoła. Ponad pomnikiem, mającym w górnej części ujęty w owalną ramę portret zmarłej pani, rozpościera się płaszcz.
Na lewo pogrążona w smutku siedzi niewiasta - piersi ma odsłonięte. Ma ona, jak niesie tradycja przypominać mamkę Małachowskiej, której na wieść o śmierci pani serce pękło.
Napis na tabliczce przy pomniku brzmi:

Korduli Małachowskiej
Wojewodzinie Krakowskiej
Jana Sochockiego starosty Krzeszowskiego
i Teresy z Czernych córce
Gdy po latach 53 życia a po 34 małżeństwa
w Rzeczniowie dnia 1 lipca R. po 1789
do wieczności została zawołana
mąż smutny, ukochanej żonie kamień ten
i ku pamiątce i ku wzbudzeniu westchnienia
wiernych przechodzących
Postawić kazał

/bea/

 

Trzy dwuramienne krzyże.

Kiedy ucichła bitwa rzeczniowska (6 maja) u Czachowskiego nastąpiło poruszenie. Powstańcy byli zmęczeni walką, ciągłe utarczki z moskalami dawały im się we znaki. „ Bitwa rzeczniowska wywołała szemranie. Wielu Galicjanów zażądało urlopów, jakoż opuścili obóz Bartoli, Juliusz N.i inni .” Czachowski został w smutnym i opłakanym położeniu. Przez gościńce Grabowca i Rzeczniowa ciągnęli oberwani, głodni i zmęczeni powstańcy, którzy nie chcieli już walczyć. Byli i tacy, których trawiła choroba, gorączka. Do miejscowego przytułku trafił stary powstaniec, leżąc na posłaniu majaczył, wzywał swych bliskich. Nikt nie znał jego nazwiska, nie umiano też mu pomóc. Chory zmarł nad ranem. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to będzie początek nieszczęścia dla tych okolic. Z tym powstańcem przywędrowała do Rzeczniowa zaraza cholery. Niestety śmierć zaczęła zbierać swoje żniwo. Umierały dzieci, dorośli też nie umieli oprzeć się chorobie. Zaraza brała żniwo wśród biednych nie oszczędzała też bogatych. Z mnogością zachorowań nie radzili sobie ludzie, nie pomagały żadne leki, przystawianie pijawek, krwawe bańki też nie skutkowały. Odgórne zarządzenia służb medycznych „nakadzania pomieszczeń przy zamkniętych drzwiach i oknach, następnie wietrzenie takowych przez trzy dni”, wyściełanie pomieszczeń gałązkami drzew żywicznych- jodły, świerku, jałowca nie doprowadziły do zmniejszenia zgonów.
Ludzie zaczęli się gorliwie modlić. Ci, którzy pozostawali przy zdrowiu i mogli na chwilę choć opuścić swych bliskich zbierali się w Kaplicy św. Restytuta prosząc swego patrona o pomoc i odwrócenie zarazy. Do najbardziej gorliwych i nieustających w modlitwie należała mała dziewczynka. Straciła już braci, umarł też ojciec. Matka zaś leżała od kilku dni, walcząc z chorobą. Dziewczynka postanowiła spędzić noc na modlitwie i nocnym czuwaniu przed obrazem świętego, gdzie na zasuwie znajdowało się również Przemienienie Pańskie. Tak bardzo pragnęła, by ktoś pomógł wyrwać choć matkę ze szponów choroby. Znużona modlitwą zasnęła przed ołtarzem. Rano nie wiedziała, czy to jawa, czy też sen, ale coś kazało jej wyjawić księdzu swoje widzenie. Już tego ranka pozostający przy zdrowiu mężczyźni wykonali trzy dwuramienne krzyże. Postawiono je przy drogach w Rzeczniowie, na Jelankę i na Grechów. Wieczorem ruszyła pierwsza procesja, tak było przez cały czas, codziennie aż do momentu ustąpienia zarazy. Mówiono później, że ta prorocza wizja uratowała wiele istnień i na zawsze odpędziła tę okropną chorobę. Wiara tej małej dziewczynki, gorące modlitwy wszystkich mieszkańców sprawiły, że nie tylko choroba ustąpiła, ale również umocniła się wiara ludzi w Boga. O zdarzeniach tych pamiętają rzeczniowiacy po dzień dzisiejszy uczestnicząc w corocznej pielgrzymce dziękczynnej do Ciepielowa na odpust św. Rocha. Z trzech dwuramiennych krzyży, pozostał jeden, a na miejscu drugiego postawiono betonową kapliczkę.
/bea/

 

Karczma żyda Bencyjo.

Jeśli będziecie kiedyś w Rzeczniowie to pójdźcie koniecznie na Bakalarzową Górkę. Spytacie gdzie to? Każde dziecko to powie, a ile z nią związanych historii. Starzy ludzie tak o niej opowiadają.
Dawno, bardzo dawno temu przy drodze wiodącej do Grabowca nieopodal rzeczki Krępianki na Bakalarzowej Górce stał dwór Małachowskich. I to jest prawda. Prawdą jest, że była tam opodal karczma żyda Bencyjo. Złą miała sławę. Miejscowe kobiety już nie raz płakały na swych mężów i narzeczonych. Żyd był chciwy, łasy na grosz ciężko przez chłopów zapracowany.
A, że w długie jesienne i zimowe wieczory na wsi bywało nudnie, to tu w karczmie wrzało. Żyd Bencyjo umiał zatrzymać u siebie gości. Chłopi grywali w karty, żyd wieczorami grał na skrzypcach, tu można było wysłuchać ciekawych historii ze świata.
W takie wieczory żydowi pomagała jego córka Rut. Piękna czarnooka, zawsze wesoła i uśmiechnięta. Nie tylko dla trunków i zabawy, ale także do pięknej Rut lgnęli mężczyźni. Przesiadywali w karczmie całe dnie i „zostawiali cały swój skromny majątek”.
To też stało się, jak mówi przekaz, z młodym Józkiem mieszkającym przy drodze do Grabowca. Józek co wieczór zatapiał oczy w młodej szynkareczce, która uśmiechała się do niego, lecz nie robiła mu żadnych nadziei. Kiedy okazało się, że młoda Rut woli majątek bogatego kupca z Iłży, wlewał w siebie coraz więcej gorzałki.
Pewnego wieczoru założył się ze swymi kompanami, że wypije 15 kufli piwa i jeszcze przed północą trafi do domu. Chciał tak zapomnieć o pięknej szynkareczce. Piwo wypił, zakład wygrał, ale do domu niestety nie trafił. Zdarzało mu się nie wrócić do domu na czas, toteż bliscy zaczęli go szukać dopiero dwa dni później. Dowiedziano się o zakładzie, toteż szukano go wpierw przy drodze do domu. Jego ciało znaleziono w moczarach nieopodal lasu kolonijnego. Nie mieli później spokoju goście żyda Bencyjo. Straszyło przed karczmą i w miejscu, gdzie utopił się Józek. Padł strach na okolicę. Karczma miała nadal powodzenie, bo przecież gdzieś trzeba było omówić ten nieszczęśliwy wypadek, jednak chłopi nie pili już takiej ilości trunków i nie przesiadywali do późna w nocy. By uspokoić sumienia kompani Józka zamówili mszę za duszę topielca i postanowili postawić kapliczkę w pobliskim lesie.
Upłynęło wiele lat od czasu tamtego zdarzenia. Ale do dziś dnia opowiadają o dwu zjawach, które ukazują się w okolicach moczar tym, którzy nadużywają alkoholu. Powiadają też, że biednego Józka sam czort włóczy po moczarach, a włóczyć go będzie do czasu, gdy „kawalircoki” z okolic - chłopaki dziarskie i harde, skłonne do zwady nie opamiętają się.

Ale czy to możliwe ?
/bea/

 

Legendy o Jelance

Dawno temu moją rodzinną miejscowość otaczała wielka puszcza. Żyło w niej mnóstwo jeleni. Chcąc przedostać się do drugiej części lasu przechodziły całymi stadami, udeptując drogę. Z czasem po obu stronach tej drogi ludzie pobudowali domy. Tak postała wieś Jelanka.
Później mieszkańcy wsi zaczęli wycinać drzewa i jelenie zakończyły swoje wędrówki. Przeniosły się na inne tereny.

Natomiast wersja legendy o Jelance Karoliny Letkiewicz brzmi następująco:
Jak mówią najstarsi mieszkańcy Jelanki przed wieloma latami zwano ją „Jelonką”. Jelonka porośnięta była lasem, w którym były jelenie. Podczas wiosny i opadów tworzył się tam strumień. Brał on początek od strony Sienna. Przepływał przez pola i zabudowania mieszkańców wioski. Podczas upalnych dni jelenie przychodziły pić wodę do strumienia, niedaleko mojego domu. Jelenie przychodziły aż z lasów od strony Gozdawy, ponieważ nie było tam zbiorników wodnych. Podczas swych wędrówek wydeptały ścieżkę, w miejscu dzisiejszej drogi. Później las został częściowo wycięty przez dziedzica Jelanki. Dziedzic również sprowadził ludzi, którzy zamieszkali w pobliżu drogi, wydeptanej przez jelenie. Gdy Jelonka była już zabudowana, mieszkańcy zaproponowali żeby ją ochrzcić i uzgodnili, że dadzą jej nazwę Jelanka, którą nosi do dziś dnia.
Pierwszymi mieszkańcami Jelanki był m.in. mój pradziadek, kowal, później rodzina Bartkiewiczów. I tak powstała miejscowość w której mieszkam.

 

Parstowa Wola

Dawno, dawno temu żył pewien szlachcic, który nazywał się Parst. Posiadał wszystkie ziemie dzisiejszej Pasztowej Woli. Pewnego dnia wybrał się na polowanie do swojego lasu. Chciał zapolować na grubszego zwierza. Kiedy zapuścił się głęboko w las stanął twarzą w twarz z ogromnym dzikiem.

Parst zaczął uciekać, ale dzik nie dawał za wygraną. Wciąż go gonił. Wtedy szlachcic zaczął krzyczeć. Chłopi pracujący nieopodal usłyszeli jego krzyk i przybiegli mu na ratunek zabijając dzika. Uratowali Parsta. Ten z wdzięczności dał swym wybawcom na własność ziemię i jak mówią ludzie od tej pory miejscowość nazywano Parstową Wolą
Ten kto przejeżdża dzisiejszą trasą Iłża- Lipsko może zobaczyć w Pasztowej Woli stary krzyż wznoszący się na wzgórku prawdopodobnie sztucznie usypanym. Ludzie mówią , że pod tym krzyżem jest „swoista lodówka”. Jest ona pozostałością po stojącym tam niegdyś wielkim dworze.
Mieszkali tam potomkowie Parsta. Obok dworu stała cegielnia. Ludzie do tej pory dokopują się do jej fundamentów.
Właściciel Parstowej Woli przed pierwszą wojną światową był bardzo zadłużony. Jego majątek przejęli dłużnicy, a ziemię rozparcelował sam właściciel majątku. Każdy żonaty mężczyzna posiadający syna mógł otrzymać na po sześć mórg ziemi / na siebie, żonę i pierwszego syna/. Tak więc chłopi mogli wreszcie posiadać ziemię na własność.
I znowu z woli tym razem potomka Parsta chłopi mogli się wzbogacić.

Dawid Wójtowicz kl. VI PSP Rzeczniów

 

Próbujemy poznać pochodzenie nazw niektórych miejscowości - Dubrawa

Pochodzenie nazwy Dubrawy próbowały ustalić Angelika Janiec i Agata Gawlik z PSP w Grabowcu. Obie autorki piszą , że nazwa miejscowości wiąże się z imieniem żony Mieszka I Dobrawą.
Czy jednakże snute przez nie opowieści są przekonywujące ocenią sami czytelnicy.
Angelika Janiec pisze.... „gdy Dobrawa jechała do Krakowa przez Kalinów / dawna nazwa Dubrawy , wywodząca się podobno od krzewów kaliny porastających tamte tereny/ spotkała ją burza.
Więc Dobrawa wraz ze swoją służbą weszła do pierwszego napotkanego domu. Ludzie tam mieszkający przyjęli ją gościnnie. W pewnej chwili trzasnął piorun, dom zaczął się palić. Zginęli w nim wszyscy mieszkańcy oraz Dobrawa.
Wieść o tragedii rozniosła się szybko. Od tego wydarzenia mieszkańcy Kalinowa zaczęli nazywać swą miejscowość Dobrawą zmieniając ją później na Dubrawę”

 

Legendy o kapliczce św. Mikołaja w Grabowcu

Według podań i legend, pochodzenie kapliczki, która znajduje się na ulicy Polnej przy drodze wiodącej do Wólki Modrzejowej jest następująca:

Dawno, dawno temu na terenie obecnego regionu świętokrzysko-mazowieckiego były puszcze i lasy, w których było bardzo dużo różnorakiej zwierzyny, m. in. wilków.
Przez tereny, na których znajduje się dzisiejszy Grabowiec wiódł szlak prowadzący od Krakowa do Warszawy. Przejeżdżała właśnie przez te tereny księżna ze świtą i zaczęła gonić ją sfora wilków. Księżna modląc się do Boga o uratowanie obiecała, że jeśli uda jej się ujść z życiem, na pamiątkę tego faktu wybuduje kapliczkę. I właśnie w tym miejscu, gdzie stoi kapliczka stado wilków zaprzestało gonitwy. Kapliczka jest poświęcona świętemu Mikołajowi, ponieważ Pan Bóg darował księżnej życie i jej ludziom a jak wiadomo św. Mikołaj jest patronem, który ofiarowuje prezenty.
I księżna właśnie za taki prezent uważała swoje ocalenie. Kościół parafialny jest również pod wezwaniem św. Mikołaja i być może jest także związany z tą legendą.
Ewa Tomanek- kl. VI PSP Rzeczniów

II

Pewnego wieczoru od strony Wólki pędziły przerażone konie, a za nimi karoca z księżną. Uciekały przed złymi wilkami. Konie coraz bardziej były zmęczone, więc stanęły aby odpocząć. Przerażona księżna nie wiedziała co zrobić aby ruszyły. Przed oczami ujrzała dobiegający blask. Wilki zaczęły wyć i uciekać a księżna nie wiedziała co począć. Spojrzała odważnie swoimi brązowymi oczami, wpatrując się i dziękując, nie wiedzieć komu. Dotknięcie koni i księżnej nastąpiło w sposób niezwykły. Księżna czuła jakby znała swojego wybawiciela, a on odpowiedział: „Nie bój się dziecino niczego, uwierz w siebie. Jestem Mikołaj - nawet nie wiesz, że jestem przy twoim boku”.
Po tych wydarzeniach i na ich pamiątkę księżna kazała wybudować kapliczkę ku czci św. Mikołaja.

Monika Skrzypczyk kl. IV PSP Grabowiec

 

Tobułki albo łąki na borucie - opowieści o Rzechowie

W dawnych czasach gospodarze pasali konie na łąkach wsi Rzechów. Wyjeżdżali wieczorem. Konie pętali, aby się pasły, a chłopi spali. Jak było zimno to palili sobie ogniska.
Jednego razu koło północy pokazał się im panek w kapeluszu i ładnie ubrany. Powiedział chłopom, że wie gdzie zakopane jest złoto. Kazał przynieść dwie łopaty i poszli nad rzekę tzw. tobułki w pobliżu Rzeczniówka. Pokazał im miejsce gdzie mają kopać. Było to blisko rzeki Krępianki, a tam same krzaki i olszyny. Kopać było trudno, ale wykopali po kolana, potem do pasa, w końcu skryli się w ziemi, czując pod nogami wodę.
Wtedy zmiarkowali, że to był diabeł Boruta. Strach ich objął. Wyskoczyli w poświacie księżyca i zobaczyli panka, który miał już rogi i ogon. W tym momencie zrobiła się wielka wichura i panek zniknął, a oni ze strachu szybko wrócili do koni.
Od tej pory łąki w tej okolicy ludzie zwali „Boruta”, do dziś potocznie mówi się „łąki na borucie”.

Inna wersja tej legendy, dużo młodsza, bo z czasów I wojny światowej opowiada, tak.
Dwóch kawalerów z Rzechowa szło z kawalerki ze wsi Wincentów. Była północ, księżyc świecił w pełni i zobaczyli, że koło nich biegnie duży baran. Chcieli go złapać. Zagonili go w to miejsce, gdzie przed laty inni chłopi kopali za złotem. Baran zabeczał przeraźliwie i w tym czasie zrobiła się wielka wichura. Mężczyźni ujrzeli, że baran zmienia się w diabła z rogami i ogonem. Wtedy strach ich obleciał i uciekli szybko w stronę pierwszych zabudowań. Nigdy już nie szli nocą z kawalerki przez łąki na borucie.

Jagoda Nowakowska PSP w Grabowcu

 

Legenda Grabowca

Miejscowość, w której mieszkam to Grabowiec.
W 2001 r. obchodzono tu 400 lat nadania praw miejskich. Pierwotną nazwą tej miejscowości był Oszczywilk.
Nazwa ta wzięła się z tego, że była tu wielka puszcza, w której grasowały dość liczne watahy wilków. Wilki te były bardzo uciążliwe dla mieszkających ludzi. Często przychodziły do zagród chłopskich zjadając zwierzęta. Ponieważ przez Grabowiec przebiegał szlak handlowy z zachodu na wschód często przejeżdżały tędy wozy z różnymi towarami. Były przypadki, że wilki napadały również na te wozy. Zdarzało się, że ofiarami wilków byli ludzie. Świadczy o tym fakt, że znaleziono w tej puszczy buty ze szczątkami ludzkich nóg.
Puszczę tę zaczęto karczować aby odsłonić domy, co umożliwiało ludziom zwiększenie pola widzenia na polujące wilki. Wraz z karczowaniem puszczy coraz więcej ludzi osiedlało się na wykarczowanym miejscu, dzięki czemu Oszczywilk stawał się większy.
Ludzi było również więcej i zaczęli rozprawiać się z wilkami, drastycznie zmniejszając ich liczebność. Kiedy zapanował spokój ludzie zaproponowali zmienić nazwę tej miejscowości, aby nie kojarzyła się z wilkami. Oszczywilk nazwano Grabowiec. Nazwa ta kojarzy się również z puszczą, w której drzewostanie najliczniejszym był grab.

Magdalena Bębenek PSP Grabowiec